Smaller Default Larger

Paneuropa

No i udało się, jedna z większych i trudniejszych wypraw rowerowych została zaplanowana i pokonana  w tym roku głównie przez członków Chełmskiej Grupy Rowerowej. Tym wyzwaniem było objechanie PANEUROPEJSKIEJ ścieżki rowerowej z Paryża do Pragi liczącej około 1500 km. 
Swoją przygodę cztery osoby z Chełma (wśród nich i ja), jedna z okolic Zakopanego i jedna z Iławy rozpoczęliśmy od zwiedzania Paryża by następnie przez Strasburg dojechać do Pragi czeskiej. 
Pierwszy etap trasy w Francji biegł wzdłuż między innymi kanałów Saint-Martin, Rahein-Marne i wielu innych a obfitował w przecudne walory krajoznawcze i przyrodnicze, mnogość dzikiego ptactwa począwszy od majestatycznych czapli  podrywających się co chwilę do lotu znad brzegu kanału, do jastrzębi i orłów królujących na horyzoncie i wypatrujących swojej szansy na pożywienie ukrywające się w zakamarkach polnych czy leśnych roślinności. 
W miejscach gdzie jechaliśmy nie szlakami a przez miejscowości,  które organizatorzy trasy uznali za ciekawe, mogliśmy podziwiać przepiękną architekturę francuskich miast i miasteczek. Często spotykaliśmy się z rożnymi oznakami popularności kolarstwa, jakim jest wyścig Tur de France, rysunki rowerów na murach prywatnych posesji, rowerowe pomniki oraz często występujące rabaty kwiatów, strzyżone na kształt roweru. 
Liczne kawiarenki, herbaciarnie czy ciastkarnie znajdujące się u podnóża zabytkowych zamków, na trwale wpisały się w klimat francuskich miejscowości. Spokój, który emanował od klientów pogrążonych w lekturze gazet czy książki wręcz zapraszał- ba nawet nakazywał na chwilowe chociażby zatrzymanie się i dołączenie do uczty. Jednak my niestety nie mogliśmy 'przysiąść', bo trzeba się było trzymać ustalonego wcześniej harmonogramu.  Jednym z takich miejsc, które musieliśmy ominąć było położone w Szampanii miasteczko  Epernay otoczone z każdej strony winnicami, gdzie w powietrzu nawet bez wchodzenia do nich czuć było delikatnie wytrawny posmak czerwonego wina. Będąc już przy winie to muszę powiedzieć, że codziennie podczas przerw obiadowych poddawaliśmy się degustacji win francuskich lub niemieckich i muszę stwierdzić, że może koneserami nie będziemy ale pod koniec wyprawy zauważyliśmy że już po samym zapachu wina potrafiliśmy określić jego "pochodzenie". 
 
Zbliżając się do granicy niemieckiej coraz bardziej zaczynaliśmy odczuwać koniec romantycznego francuskiego nastroju, luźnego i życzliwego podejścia do życia,  na każdym kroku powitania z ich strony i nasze odpowiadanie 'bonżur' , czego potem w Czechach nam brakowało. 
Powoli coraz więcej miejscowości zaczynało przybierać nazwy niemieckie świadczące  o całkowitym zakończeniu naszej przygody z Francją. Na co najpierw zwróciliśmy uwagę to na  gospodarstwa rolne o zbitej zabudowie, gdzie praktycznie budynki gospodarcze były jak by w jednym ciągu z budynkiem mieszkalnym. W Niemczech podobnie jak w kraju, który opuszczaliśmy gospodarstwa były nastawione na hodowle bydła, a zatem widoki to głównie bezkresne pastwiska otoczone górami. Ten sielankowy krajobraz pomagał nam z pokorą przyjmować coraz większe wzniesienia a trzeba przyznać że od dłuższego czasu było ich coraz więcej. Mogę stwierdzić, że pokonywanie trasy 100 km w naszych chełmskich warunkach a takiej samej w górach Szwarcwaldu to niebo a ziemia. Tak że wyruszając w trasę w godzinach wczesnoporannych bo ok. 6 rano,  na nocleg docieraliśmy około osiemnastej, dwudziestej a raz nawet grubo po północy. Jednak nawet po przejechaniu 160 km nikt nie narzekał, byliśmy zmęczeni ale nie zniechęceni i gotowi do dalszej jazdy w dniu następnym.
Jeśli chodzi o Niemców, to  nie mogę powiedzieć złego słowa na ich temat, podobnie jak we Francji ciągłe pozdrawianie, machanie do nas czy zaczepianie i rozmowy na środku ulicy nie należały do rzadkości a jeśli chodzi o oznakowanie trasy to dało się zauważyć niemiecką precyzję i perfekcjonizm. Motele stojące gdzieś niby na końcu świata o dziwo tętniły życiem,  a nie skosztowanie niemieckiego piwa w takich okolicznościach było by po prostu grzechem i stąd też dość często aby nie robić przykrości gospodarzom korzystaliśmy z takiej formy spędzania wolnego czasu. Szwarcwald jak i Bawaria niewątpliwie należą do bardzo ładnych miejsc w skali nie tylko swojego regionu ale i Europy. Ich łagodny klimat chociaż miejscami surowy i nawet zdawało by się nie do przejechania czego doświadczyliśmy na własnej skórze przepychając objuczone rowery przez ponad kilometrowy gąszcz pokrzyw sięgających do pasa a przeplatany zwalonymi przez burze olbrzymimi drzewami zagradzając tym samym przejazd  w czego wyniku  mieliśmy następne dodatkowe kilkadziesiąt metrów jazdy przez męki. 
W Bawarii miałem przyjemność degustacji słynnej „bawarskiej golonki” podczas święta obchodzonego hucznie przez mieszkańców jednej miejscowości. Golonka była wyśmienita, atmosfera rodzinna, cała wioska tętniła życiem, co nie było tak oczywiste bo jadąc już przez dwa kraje zauważyliśmy że do godz. 16.00 miasta wyglądały na wymarłe, a tu taka odmiana.  
Przejście granicy Niemiec z Czechami było dla mnie mało przyjemnym przeżyciem, bo po przekroczeniu granicy nastał tak jak by inny świat. Trasy Paneuropy w ogóle nie mogliśmy znaleźć czego bardzo żałuję bo liczyłem na tutejsze zamki czy inne zbytki. Dwa dni upłynęły na ciągłym szukaniu szlaku którego notabene nie znaleźliśmy. Jeździliśmy po szarych, komunistycznych miasteczkach i smutnych ulicach. Jednak honor Czech uratowała Praga, kto nie był naprawdę polecam, stare uliczki, mnóstwo zabytków a Praga nocą? Coś pięknego, żadne zdjęcia nie oddadzą tego co widzieliśmy i czuliśmy, zakamarki stolicy tętnią życiem, ten ciągły gwar jakby wydobywający się z ust starych gościnnych kamienic, gdzie w każdej praktycznie jest jakiś sklep, restauracja, motel i wszędzie mnóstwo ludzi a to świadczy o tym, że to miasto faktycznie trzeba odwiedzić bo jest co oglądać.
Cała nasza wyprawa trwała czternaście dni, w tym czasie przejechaliśmy około 1660 km, spaliliśmy 65 000 kalorii, nocowaliśmy głównie na dziko, przez ten czas naszym domem był namiot a niejednokrotnie łazienkę zastępowały nam nawilżone chusteczki higieniczne. Posiłki przygotowywaliśmy sami i tylko czasami korzystaliśmy z regionalnych restauracji. 
Jeśli chodzi o awarię sprzętu to poza paroma przebitymi dętkami i awarią  pedałów w jednym rowerze to nic się większego nie stało, no może poza moim bardzo groźnie wyglądającym wypadkiem, kiedy to przez nieuwagę wjechałem na półtorej metrowy słupek blokujący wjazd samochodom na ścieżkę rowerową. Efektem tego było delikatne uszkodzenie śruby w kole i przedniego bagażnika oraz sakw, które jednak zamortyzowały na tyle całe uderzenie że po przekoziołkowaniu nad rowerem skończyło się tylko na paru siniakach i otarciach.
Podsumowując nasz wyjazd ścieżką rowerowa Paneuropa Radweg 2014 mogę powiedzieć iż uważam tą przygodę za bardzo udaną i obfitujący w wiele ciekawych doświadczeń i doznań, którą z całą pewnością mogę polecić wszystkim rowerzystom szukającym czegoś więcej w jeździe rowerem niż samo pedałowanie.  
 
Artur Paweł
Juszczak 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Sponsor strony

Nowe domeny w Active 24

Reklama

Patronat medialny